3 marca 2013
Rozdział czwarty.
Tak, właśnie od tamtego momentu byliśmy razem. Nie wyjechałam, a wręcz przeciwnie – zaczęłam zachowywać się jak u siebie. Było mi z nim naprawdę dobrze. Byłam jego, a on był mój. Wiadomo, nie było sielanki – to było prawdziwe życie. On jeździł do pracy, a często i na wyjazdowe mecze, ja za to szukałam jakiejś tymczasowej pracy. Dlatego tymczasowej? Obiecał mi, że po sezonie pojedziemy do Włoch. I możliwe, że zostaniemy tam już na stałe. Nie miałam nic przeciwko, chociaż wiadomo, nie naciskałam na niego. Chciał być tutaj? W porządku, będę dla niego. Będziemy we Włoszech? Cudownie.
Ale do tego czasu byliśmy zmuszeni zostać właśnie tu.
Westchnęłam i kliknęłam w ikonkę poczty. Pisałam do swoich włoskich przyjaciół, że szukam pracy, bo życie troszkę mi się pozmieniało i potrzebuję jakiegoś zajęcia. Oczywiście wszyscy napisali mi, że oni dalej na mnie czekają. To było cholernie miłe. Ale oczekiwałam na jakieś konkretne propozycje. I faktycznie, nie zawiodłam się na nich! W jednym wspólnym emailu znajdowały się oferty pracy. Oczywiście takie korespondenckie.
-Uwielbiam Was – mruknęłam, otwierając i czytając wiadomość w moim drugim języku.
I tak, znalazłam coś dla siebie. To było cudowne rozpoczęcie całego cyklu, już to wiedziałam. Niemal od razu zabrałam się do pisania. Wiadomo – czas to pieniądz. A ja… Potrzebowałam zajęcia.
-I co? Napisałaś już choć trochę? – zaśmiała się najważniejsza dziewczyna w moim życiu na obczyźnie, a mówiąc dokładnie: moja była szefowa, zaraz po zaakceptowaniu mojego połączenia na skype – Czy coś Cię zablokowało w tej Polsce?
-O kochana, już mam prawie koniec. – pokazałam jej język przez internetową kamerkę – Ale wiadomo, nie napisałam, nie pokażę.
-I bardzo dobrze! Wiesz, że zawsze podziwiałam te twoje zacięcie.
-Wiem i dziękuję Ci bardzo – uśmiechnęłam się, momentalnie kreśląc coś na kartce. Zerknęłam na zegarek – Ja na chwilę zniknę, dobra? Muszę chłopakowi obiad odgrzać.
-No właśnie! Jeszcze o nim nie rozmawiałyśmy. Mów, jaki jest, co robi? No wszystko!
-No jest Włochem – zaznaczyłam na początek – Spotkałam go w klubie i jakoś tak, pogadaliśmy. Wiesz, tamci spalili mi dom i…
-No to wiem. Ale kto to jest? Jaki jest?
-No jak facet. Ale taki bardziej porządny. Sprząta po sobie, potrafi gotować, jest opiekuńczy, nie pije za dużo, bo nie może, no nie wiem…
-Ideał, co?
-Nie no nie przesadzajmy. Nikt nie jest idealny.
-No to wiadomo. A pochwalisz się jego danymi osobowymi? Zawód? Cokolwiek.
-Siatkarz. Matteo Martino, może kojarzysz?
Nie usłyszałam odpowiedzi. Po prostu połączenie zostało przerwane. A ja wpatrywałam się w monitor jak zaczarowana. Zaskoczyło mnie to, nie powiem. Nagły błąd połączenia? Jakoś w to nie wierzę. Pewnie coś się za tym kryło. Nie wiele myśląc wzięłam w dłonie telefon i próbowałam się do niej dodzwonić. Nie patrząc kompletnie na nic, zwłaszcza na cenę, którą zapłacę, gdy odbierze.. Jednak nie odbierała, a tylko mnie odrzucała.
-No, co jest? – syknęłam, ale próbowałam dalej się do niej dobić. Wiedziałam, że coś było nie tak.
-Co się stało kochanie? – usłyszałam jego głos, kiedy pojawiłam się w kuchni. Zadrżałam i odwróciłam się w jego stronę. – Hm?
-Nie słyszałam, kiedy przyszedłeś. Długo jesteś już w domu? – podszedł do mnie i ucałował w czoło, wyciągając sobie talerz do obiadu.
-Nie, może od dziesięciu minut. Zdążyłem sobie podgrzać zupę. – wskazał na garnek i usiadł z pomidorową. - No, ale chrzanić to. Co się stało? Mów.
-Bo wiesz… Szukałam pracy. No i moja przyjaciółka i była szefowa z Włoch zadzwoniła do mnie na skype, pogadałyśmy trochę, wypytywała mnie o Ciebie. A potem jak już powiedziałam, kim jesteś to nagle się rozłączyła i nie wiem, co takiego się stało.
-Może jakiś kłopot z komputerem, laptopem, czy co ona tam ma. A może po prostu Ci zazdrości.
-Nie, to na pewno nie to. Zresztą znam ją, nie jest taka.
-To nie wiem, co takiego mogło się stać.
-A może… - usiadłam przy stole naprzeciwko zajadającego się Włocha i podparłam głowę rękami - Ona Cię zna? I dlatego tak zareagowała? Po prostu jest w szoku? I…
-Nie wiem, może. Znam wielu ludzi z Włoch, więc niewykluczone. A jak się nazywa?
-Maia Majuri? – odpowiedziałam i patrzyłam na to, jak mój chłopak właśnie zaczyna się krztusić. Momentalnie wstał od stołu i pobiegł do łazienki. Ruszyłam za nim, ale ten zamknął się od środka. – Matteo! Cholera jasna! Co tu się dzieje?!
Nie odpowiedział mi. A ja długo nie myślałam. Zezłoszczona ruszyłam do naszej sypialni by się przebrać, a chwilę później już wybiegałam z mieszkania. Gdy otworzyłam drzwi wejściowe, z łazienki usłyszałam tak jakby płaczliwy głos mojego chłopaka, którzy rzucał włoskimi przekleństwami.
Wróciłam kilka godzin później, kiedy tamten właśnie kończył rozmawiać z kimś przez telefon. A właściwie byłby kończył, gdyby nie usłyszał, że wchodzę do pokoju po ściągnięciu kurtki i butów.
-Do Ciebie. Coś ważnego – oddał mi słuchawkę z miną trudną do odczytania, a sam poszedł do kuchni, gdzie otworzył na oścież okno i wlał wodę do elektrycznego czajnika.
-Halo? – mruknęłam niepewnie, a w słuchawce usłyszałam cichy głos przyjaciółki z Włoch – No nareszcie! Co się stało? Dlaczego nie odbierałaś?
A gdy zaczęła opowiadać, co takiego się stało, ja nie mogłam nic innego zrobić, jak tylko zasiąść w ulubionym fotelu siatkarza. Co chwile łapałam się za głowę, wzdychałam i przełykałam głośno ślinę. Chciało mi się śmiać, płakać, wrzeszczeć – wszystko na raz.
Rozmawiałyśmy chyba dobre dwie godziny. A Matteo ani na moment nie wychodził z kuchni. Po wysłuchanej opowieści wcale nie dziwiłam się, dlaczego nie chciał pokazywać mi się na oczy. Teraz już znałam całą prawdę.
-Już wszystko wiesz, prawda? – zapytał Martino, kiedy te kilka godzin później dosiadłam się do niego w kuchni. Pokiwałam głową. Znałam całą prawdę, mimo że teraz już sama nie wiedziałam, czy to dobrze, że ją poznałam.
-Czuję się, że to jest jakiś sen, czy przewidzenie… To naprawdę się dzieje? – zapytałam, przygryzając wargę i wpatrując się w niego z nadzieją, że zaprzeczy. Jednak nic takiego się nie stało.
-To naprawdę się dzieje. Tak, jestem byłym narzeczonym Twojej przyjaciółki, tak rozstaliśmy się przez to, że podpisałem kontrakt w Polsce. Jestem dokładnie taki, jak opowiadała. To ona zna mnie najlepiej ze wszystkich na tym świecie, nawet lepiej od moich rodziców.
Sięgnęłam przez stół do jego dłoni i zacisnęłam koniuszki jego palców. W końcu podniósł na mnie swój wzrok, ale zaraz uciekł nim gdzieś w bok.
-Spójrz na mnie. – powiedziałam. – Matteo, popatrz na mnie.
-Co? Chcesz ze mną pogadać o tym, co usłyszałaś?
-Nie, nie muszę. Zresztą ona opowiadała o Tobie takim, jakim byłeś przed przylotem tutaj. Dlaczego mam jej w tym słuchać? Teraz jesteś całkowicie inny.
-Kiedyś zmienisz zdanie.
-Nie, kochanie. Nigdy nie zmienię zdania. Nawet jak kiedyś nauczę się wszystkiego o Tobie i będę czytała z Ciebie, jak z otwartej książki. I nawet po tych kilkunastu latach spędzonych razem, dalej będę tak sądzić. Obiecuję.
-Zobaczysz, że tak nie będzie.
-Nie mów jak nie wiesz.
-Dlaczego tak we mnie wierzysz? Bo co?
-Bo Cię kocham, mój najcudowniejszy na świecie siatkarzu. – powiedziałam to z przerażeniem w oczach, ale gdy zobaczyłam jego minę, nie pozostało mi nic innego, jak tylko roześmiać się głośno.
A później, po jego przekonywaniu, że również mnie kocha. Po tłumaczeniu, że boi się tych słów jak cholera, przez to, że jego życie wygląda tak jak wygląda. Po tym wszystkim… Przeżyłam najlepszy seks na kuchennych kafelkach.
***
Powinnam właśnie pisac esej na trzy strony a4 a jednak siedzę i dodaję nowośc tutaj. Miejmy nadzieję, że moje Jastrzębie dziś wygra, bo jak nie to chyba się zabiję. No i oby ten nowy tydzień nie był aż taki tragiczny, bo oczywiście w weekend nic nie zrobiłam. Ale co tam!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz